Łochów

Łochów położony już bezsprzecznie na Mazowszu, w Dolinie Dolnego Bugu nad Liwcem. Początkowo była to osada książęca na skraju Puszczy Kamienieckiej o nazwie Łochowiecz (potem Łochowo), z której władcy Mazowsza wybierali się na polowania do pobliskich nadbużańskich lasów. I to właśnie z lasami i polowaniami łączy się najczęściej powstanie nazwy. Miałaby ona nawiązywać do stanowiska „łowczego”, ale również od „łochwy” – zimowego legowiska niedźwiedzia, czy też nawet od „łochini„ – jednej z jagód leśnych. Tradycja mówi, że odbywały się tutaj „królewskie łowy”, których tradycja sięgała aż po XX wiek. Nazwa „Łochowo” funkcjonowała do drugiej połowy XIX wieku. W wyniku polityki rusyfikacyjnej polegającej m.in. na zniesieniu języka polskiego w urzędowych zapisach od 1882 roku nazwę zmieniono na „Łochów”.
Lokowany był jako wieś na prawie chełmińskim w 1378 roku przez księcia mazowieckiego, Siemowita III i nadany Wawrzyńcowi Pieńce. Na przełomie XIV i XV wieku właścicielem dóbr łochowskich stał się bliski współpracownik księcia Janusza I –Wawrzyniec Kuszab herbu własnego; dodatkowo piszący się „z Targowego”, czyli dzisiejszego warszawskiego Targówka. Jego ród w XVI wieku przyjął nazwisko od dziedzicznego majątku, którym zarządzali do XVII w. – Łochowscy. W 1488 r. wystarali się o erekcję parafii. Oficjalny dokument z akt Konsystorza Generalnego zaświadcza (cytuję w tłumaczeniu z łaciny): „W Imię Pańskie. Amen. Mikołaj dziedzic z Łochowa, na wieczną pamiątkę Boga przez niniejsze pismo oznajmiam wszystkim i każdemu z osobna, zarówno obecnym jak i przyszłym oraz kiedykolwiek będącym, publicznie podaje do wiadomości: Ponieważ postępując urzędowo najmilej przyjęte jest współdziałać dla chwały Bożej, przeto przejęty tym uczuciem, na cześć i chwałę Najwyższego Pana Wszechmogącego i Narodzenia jego najświętszej Rodzicielki Marii i dla uczczenia świętych Jana Chrzciciela i Mikołaja Biskupa daję, podarowuję i dobrowolnie udzielam dla ufundowania i erekcji kościoła parafialnego w tejże wsi Łochowo, diecezji płockiej, i aby rządca tego kościoła, który ma być wzniesiony, istniejący na ten czas i inni słudzy kościoła mieli utrzymanie: Najpierw 4 morgi pola położone na końcu tej wsi w stronę Węgrowa – na kościół, cmentarz, plebanię i na pobudowanie domów sług kościoła. Jeden łan miary chełmskiej (włókę) pola, łąk położonych podobnie na końcu wsi i obok tamtych 4 morgów. Także dwie inne włóki jeszcze nie wykarczowane wspomnianej miary położone wśród domów za Wzgórzem popularnie zwanym Niedzielnym, a także 4 morgi łąki położonej nad rzeką Liwiec popularnie zwana Bobolowa Łąka, dalej łąki przynależne do wspomnianej włóki, także 3 morgi wymierzone i wskazane na ogród popularnie dla Grudzi. Te włóki i te morgi czynię wolnymi od mojej juryzdykcji i uwolnionymi od wszelkich powinności, kontrybucji, od jakichkolwiek serwitutów, prac i posłuszeństwa. Wyjmuję i uwalniam w tej formie jak tu i gdziekolwiek ktoś, kto może zobaczyć. Na dowód czego wciśnięta jest tu moja pieczęć. Dane w Łochowie w niedzielę Świętych Królów Roku Pańskiego 1488”. Jednak już w połowie następnego stulecia siedziba parafii ta została przeniesiona do Kamionnej.
W wieku XVIII Łochowo przeszło na własność rodziny Kauszellów a pod koniec jego koniec, na krótko stało się współwłasnością Hryniewiczów i Zielińskich. W 1848 roku na licytacji cały majątek łochowski kupił Józef Hornowski, który wiązał z nim poważniejsze plany. Zwłaszcza, że w tym miejscu miała przebiegać Kolej Warszawsko-Petersburskiej, co zawsze wiąże się z dużymi możliwościami zarobkowymi. Rychło także musiał odsprzedać część swych ziem ze względu na właśnie inwestycję, co jednakowoż nie było jakimś specjalnym wyrzeczeniem. Otwarcie linii kolejowej w 1862 roku spowodowało brawurowy rozwój miejscowości. W 1868 r. została oddana do użytku stacja osobowo-towarowa Łochów, z którą od razu wiązano większe plany. Wzniesiono murowany dworzec, obszerną parowozownię, drewnianą wieżę ciśnień oraz pompownię nad Liwcem. Przy stacji mieszkało wiele rodzin obsługujących dworzec, parowozownię i tory. Dla nich także został zbudowany charakterystyczny dom wielorodzinny oraz niezbędne budynki gospodarcze (obora, komórki, piwnice). W pobliżu stacji zaczęły się również pojawiać budynki nie związane z kolejową infrastrukturą oraz domy prywatne. Jak silny wpływ na rozwój regionu miała kolej najlepiej świadczy także fakt, iż w maleńkich Baczkach w 1873 roku powołano do życia fabrykę podkładów kolejowych. Jak zwykle najciekawiej jednak będzie wsłuchać się w głos dawnych pamiętników, w tym przypadku o tyle szczególnych, że autorstwa pani domu, czyli Łucji z Dunin-Borkowskich Hornowskiej, żony Józefa. „Dnia 30 kwietnia przyjechaliśmy nareszcie po raz pierwszy do Łochowa, na imieniny matki. Ja miałam tam pozostać przez maj, gdyż mąż mój wyjeżdżał na roboty przy budującej się Libawskiej Kolei.
Na imieninach tych poznałam całe łochowskie sąsiedztwo: Golicynów, Popielów, Cieleckich, Godlewskich. Wszyscy ci ludzie, szczerze czy nieszczerze, ogłosili mnie za irresistible, a mąż mój był tak z tego dumny, jakby, co najmniej był mnie sam stworzył. Odjeżdżał w dni parę potem: tkliwie, tonąc we łzach z powodu rozstania się z nim żony.
Łochów była to miejscowość płaska: bez charakteru, wieś krańcowo różna od wsi Wołyńskich i Podolskich, takich roześmianych bielą chat, zielonością sadów i ogrodów, w których malwy i słoneczniki są ozdobą każdej wiejskiej »sadyby«, wsi kolorowych od jaskrawych chustek i zapasek, wsi głośnych chichotem i śpiewami młodych, harmonijką i zalotami hardych parobczaków.
Tu szaro, brzydziej, biedniej i smętniej. Kilkanaście chat rzędem stojących niedaleko dworu. Perkalowe kaftaniki kobiet i sukmany pół z miejska mężczyzn. Gospodarstwo bez »toku«, ubranego w rzędy olbrzymich stert, natomiast gorzelnia, poczta, wielka obora były głównymi źródłami dochodu. Co w tamtych stronach dawały złote łany, gleba bujna i hojna, to tu wyciągało się z przemysłu, gdyż ziemia była chuda, uboga ziemia Mazowiecka.
Dwór miły, ale także do dworów tamtejszych niepodobny. Był on raczej piękną willą w nowożytnym stylu. Na kamienny taras od strony ogrodu wychodziły drzwi z bilardowego pokoju, z saloniku i z pokoju matki. Obok wielkiego, zdobnego w rzeźbione mahoniowe meble i olbrzymie zwierciadła salonu, oranżeria z doborem kosztownych roślin, troskliwie doglądanych przez starego ogrodnika i samą panią, wielką amatorkę i znawczynię. W pokojach też pełno koszów z kwiatami, które matka ustawiała i dobierała własnymi rączkami w rękawiczkach, lubiąc estetykę i wykwint w każdym przejawie, i sama zewnętrznie będąc uosobieniem wykwintu. Wielka dama pięknością i obejściem. [...]
W domu było dwóch stałych rezydentów. Tak zwany „Niemowa” głuchoniemy, który kiedyś przed laty przyjechał malować bryczki i odtąd osiadł na stałe, pełniąc funkcję strażnika nafty i piwa. Drugi pan Norwid, [...], brat rodzony Cypriana. Posiadał kiedyś wille pod Paryżem i żonę Francuzkę, ładną strojnisię, teraz pił, mając zaledwie koszulę, którą go obdarzali krewni, a którą, gdy przepijał, zjawiał się u stołu z szyją okręconą ręcznikiem, co było oznaką, iż musi ktoś pomyśleć o nowej bieliźnie. Ubrany w ohydny popielaty surdut, w którym nawet sypiał, skąd powstała dykteryjka, że raz, gdy go przypadkiem zdjął, surdut sam wyszedł z pokoju. Nie tracił jednak rezonu, rozprawiał głośno, najczęściej po francusku, decydował śmiało, przeplatając ciągle swoją mowę słowem „eufiu” i czkawką. Ponieważ był bardzo niechlujny, dawali mu osobne nakrycie, i nikt sąsiedztwa jego nie pożądał. Ruina to była tym straszniejsza, iż niegdyś nie była powszednią, niska budową, sięgała podobno „wyżej nad pawiany”, teraz wstręt tylko budził lub litość. [...]
Na obiad przychodził jeszcze pan Andrzejewski, poczmistrz, ale ten w życiu ogólnym żadnego udziału nie brał, nisko się kłaniał i śpiesznie odchodził.
Ponieważ matka zjawiała się u stołu dość późno, przeto wszyscy zgromadzeni czekali stojąc i stół okrążając. Chwila ta nadawała każdemu wyraz jakiegoś „zahaczenia”, i każdy z radością rzucał się do jedzenia za przyjściem matki; a twarze wracały do uspokojonego i zadowolonego uśmiechu. Po skończonym obiedzie lub kolacji każdy znowu rad by był wstać jak najprędzej, szczególnie w letnie, pogodne wieczory, nęcące przechadzką, matka jednak lubiła przedłużać posiedzenia przy stole, wszyscy więc siedzieli jak grzeczne, wyprostowane dzieci.
W lecie, prócz osób domowych bywali też i stali coroczni goście. Ciocia Zosia, stara, zgrzytliwa i wolnomyślna panna, typ tak dla mnie nieznany i niesympatyczny, iż przyglądałam jej się jakby czemuś zwyrodniałemu. Ostra, zgrzytliwa, ziejąca sarkazmem na wszystko, co było tradycją i świętością, odpychała od siebie każdym słowem nieledwie. Coś się we mnie ciągle oburzało, zrywało i protestowało na jej rozmowy, będące tylko przekpiwaniem czegoś lub kogoś; doznawałam przy tym jakby fizycznego bólu i nie dostrzegałam, że skośne oczy cioci Zosi, przeniknąwszy uważnie, jakie czyniła jej mowa na mnie, rzucały mi złośliwe wyzwania, a usta rozradowane sypały coraz silniejsze dozy paradoksalnych aforyzmów w rodzaju: „Śmiać mi się chce z pani Józiowej, co wierzy na ślepo w życie jako coś pięknego i dostojnego – przecież życie to nicość, dzieło trafu, przypadku” [...] Był też i praktykant przy gospodarstwie, młody Litwin, p. Medard Downarowicz, tylko co z Syberii wracając, i przyjaciel jego Elwiro Michał Andriolli, kolega wygnania, zdolny rysownik, zaczynający być sławnym
Ten ostatni zwrócił zaraz na mnie swoją uwagę. Zajmowałam go zapewne jako mężateczka młoda, naiwna, ogromnie w mężu zakochana, raz wesoła, to znów melancholizująca. Zaczynał krążyć dokoła mnie z właściwym sobie, trochę tajemniczym uśmiechem. Wyciągał mnie na rozmowy, zaglądał w umysł mój i duszę z pewną badawczą i obcesową ciekawością, nieco zbliżoną do ciekawości Millera. I znowu mi się to nie podobało. Zarozumiały był i o sobie wysoko trzymający, a ze mną miał sposób bycia na wpół przyjacielski, a na wpół drwiący, który mnie gniewał. W naiwności swojej sądziłam, iż jako mężatka mam prawo do większego poszanowania. Przy tym, ani myślałam otaczać go takim wyróżnieniem, jakim go otaczali wszyscy. Z jakiego powodu? Na przekór, zaczęłam mu okazywać pewne lekceważenie, a rysunkami jego wcale się nie zajmowałam, nie znając się, co prawda na nich ani trochę. Stąd wyrażał się między nami stosunek jakiś nienaturalny, jakby zaczepno-odporny, wśród którego nie brak było i dość jaskrawych epizodów”.
W 1878 roku Józef Hornowski przepisał cały majątek Łochowo swojemu powinowatemu, wspominanemu wyżej, Medardowi Downarowiczowi – niepodległościowemu działaczowi socjalistycznemu, bliskiemu współpracownikowi Piłsudskiego, Ministrowi Kultury i Sztuk Pięknych w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego oraz później wiceprezydentowi Warszawy. Potem pałac przeszedł w ręce właściciela nieodległego Jadowa – Zdzisława Zamoyskiego, a później Eryka Kurnatowskiego - znanego w kraju pasjonata i hodowcy koni. Założył on w Łochowie stadninę, która zajmowała pierwsze miejscu wśród stajni w Polsce. Kurnatowski był także senatorem RP w latach 1922-27.
Majątek obróciła w niwecz II wojna światowa. W ramach ciekawostki dodajmy, iż we wrześniu 1939 r. miasto odwiedził Adolf Hitler.
Atrakcyjnie wyglądający dziś pałac w Łochowie, który był miejscem opisywanych wyżejhistorii powstał w pierwszej połowie XIX w. na zlecenie Józefa Hornowskiego. W swej pierwotnej wersji był to parterowy dworek z kolumnowym portykiem. Dopiero Medard Downarowicz zlecił rozbudowę i modernizację domu, któremu rękami architekta Bolesława Podczaszyńskiego nadał kształt małego pałacu. Wtedy to dobudowano dwa ryzalitowane, obszerne i piętrowe skrzydła. Nad wejściem zaś powstał balkon wsparty na żeliwnych kolumnach. Całość ujednolicono stylistycznie wprowadzając m.in. arkadowe okienka w szczytowe ściany skrzydeł. Obecnie mieści się w nim centrum konferencyjne i hotel „Arche”.

Spośród innych zabytków Łochowa warto także zobaczyć zespół dawnego dworca kolejowego, w skład którego wchodzą dworzec z 1866 r. wybudowany według projektu Bolesława Podczaszyńskiego oraz murowany budynek parowozowni z końca XIX w.
Baczki – jak już wspominano wyżej mieściła się tu fabryka obsługująca kolej. Niemniej sama miejscowość sięga czasów o wiele dawniejszych. W XVIII w. były siedzibą Rozwadowskich (być może także i do Kuczyńskich). W I poł. XIX wieku należały do hr. Józefa Starzeńskiego, następnie do rodziny Brzozowskich herbu Korab, potem do Rakowskich. Od lat 60- tych XIX w. właścicielem był Judel Perlis (znany żydowski przedsiębiorca, właściciele lokalnej fabryki maszyn rolniczych i odlewni żeliwa), po nich Krzyżewscy i Markowie. W 1907 r. kupiła Baczki Maria Paszkowska. Jej syn, Kazimierz sprzedał dwór w 1920 r. Antoniemu Sadzewiczowi. W rękach tej warszawskiej rodziny znanej z dużych osiągnięć na polu nauki i kultury (Maria Sadzewiczowa była założycielką gimnazjum w Łochowie, Marek Sadzewicz dziennikarzem i literatem) pozostał do lat 80- tych. Jednak w późnych latach 20. XX w. był także własnością Juliana Perlisa – potomek Judela.
W majątku istnieje piękny drewniany dwór wzniesiony w XVIII w. do dziś zachował się w stanie niemal oryginalnym, nie licząc ganeczku dobudowanego w roku 1827. Jest to budynek obszerny, parterowy, o konstrukcji zrębowej z bali oszalowanych deskami, nakryty wysokim dachem naczółkowym.

Dworek ulokowano prostopadle do XVII-wiecznego murowanego lamusa o niejasnym, czasem tajemniczym przeznaczeniu.

Krążą legendy, że w czasie prześladowań religijnych po najazdach szwedzkich mieściła się w nim zakonspirowana kaplica ariańska, a później loża masońska o czym miałaby świadczyć pięcioramienna gwiazda umieszczona na żelaznym ćwieku w drzwiach wejściowych. Jak każdej legendzie, tak i tej towarzyszy wzmianka o podziemnym korytarzu łączącym dwór z lamusem. Próżno go szukać, choć niektórzy zauważają z zewnątrz jego ślady.
Z miejscowością łączy się jeszcze inna legenda. Dotyczy ona – wyschniętych już dziś – bagien zwanych Trupielinem i leśnych wałów zwanych Górami Niedźwiedzimi. Historia sięga czasów „potopu”, gdy kilkudziesięcioosobowy polski oddział mocno doświadczony przez wroga pod Wyszkowem. Dając sobie czas za zebranie sił, żołnierze schowali się w okolicznych lasach. Dowodzący nimi pułkownik Dębisk polecił swoim podwładnym usypać wały i obwarowania wśród bagien, co nie było łatwe ze względu na brak potrzebnego budulca i narzędzi. Olbrzymie kamienie i połacie darni żołnierze nosili na własnych barkach a żwir i piasek w hełmach. Od ich tytanicznego wysiłku usypane wały nazwano właśnie Górami Niedźwiedzimi.
Z czasem ocalałem polskie wojsko zaczęło nękać Szwedów partyzanckimi podjazdami, c było na tyle uciążliwe, że ich dowódca nakazał „zbuja ogniem i dymem w lesie wydusić, a uciekających dobić”. Jednak z pomocą miejscowego chłopa Szwedzi zostali wciągnięci w tragiczną dla siebie pułapkę. Weszli w bagna z których nie udało im się już wydostać i 200 żołnierzy zastało wciągniętych w moczary. Od tego powstała potoczna nazwa „Trupielin”.
Pogorzelec – jest miejscowością osobliwą na trasie wycieczek. Jeszcze właściwie do niedawna stał tu drewniany dwór z XVIII w. Powstał on w czasie, gdy miejscowość należała do rodziny Hryniewieckich. Jednym z jej przedstawicieli na Pogorzelcu był Józef Hryniewiecki (1783), podwojewodzi zakroczymski. To za ich czasów właśnie wzniesiono rzeczoną siedzibą. Dworek był drewniany, ale otynkowany, parterowy, nakryty mansardowym dachem z gontu. Na jego czele stał ganek poprzedzający wejście a całość okalał park. Dziś na jego miejscu stoi budynek, który chyba miał być w założeniu rekonstrukcją pierwotnego dworu, jednak jest dość swobodną wariacją na jego temat. Niemniej z całą pewnością warto go zobaczyć, bo też w czasach kiedy nie mija moda na „gargamelony”, czyli nowe domy nachalnie a bez smaku stylizowane na dawne budownictwo, rezydencja w Pogorzelcu kanon ten omija. Postawiono od podstaw dwór, który może zmylić nawet fachowe oko, ale chyba nie to było celem. Nie chciano mylić, oto świetny powrót do gustu dawnych rezydencji.

Kamionna – rzecz również osobliwa. Miejscowość to dawna, niegdyś zwana Kamionolasem, później – co utrzymało się do początku XX wieku – Kamionną Laskami. Przez ponad trzy wieki, bo od XV-XVIII w. była własnością rodową Łochowskich. Potem przeszła w ręce niezwykle aktywnego rodu Kuszellów, którzy wznieśli tutaj drewniany dwór, ale mieli też zakusy by lokować tu miasto Kamionnę. Sprawcą tego chwilowego zamieszania był znany już nam z Kosowa Lackiego stolnik podlaski Michał Kuszell osiadły tu na dwie dekady – lata 60.-80. XVIII w. Następnymi właścicielami, już w XIX w., odnajdujemy rodzinę Godlewskich, na zamówienie których wzniesiono tu położone na lekkim wzniesieniu założenie dworskie. W jego skład wchodziły poza dworem dwie prostopadłe względem niego oficyny oraz wozownia. Klasycystyczny dwór postawiono na miejscu dawnego drewnianego dworu poprzednich właścicieli. Niestety obecni właściciele, choć nie ogrodzili terenu, to w miejscu drogi dojazdowej ustawili potężna bramę sygnalizującą, iż opuszczone – a przynajmniej tak wyglądające – siedlisko jest własnością hiperprywatną. Samą bramę zaś skwapliwie odziano w rozmaite tabliczki, w tym m.in. i taką, która zakazuje fotografowania. Spójrzmy zatem z miejsca ogólnodostępnego nie naruszając prywatności. Widzimy budowlę parterową, nakrytą dachem naczółkowym, z oryginalną lekko zryzalitowaną piętrową częścią środkową zwieńczoną szerokim trójkątnym frontonem. W jej dolnej partii ulokowano wpuszczony w budynek portyk o dwu kolumnach toskańskich, górna część to loggia o sześciu kolumnach jońskich. Od strony ogrodu, ryzalit wieńczy szczyt dwuspadowego dachu, w dolnej partii zaś jest rozczłonkowany czterema półkolumnami toskańskimi.
Gwizdały – to od ponad dekady światowa stolica gwizdków. Może brzmi to zabawnie, ale faktem jest, że w tutejszej szkole znajduje się jedyne na świecie muzeum poświęcone właśnie gwizdkowi. Zaczęło się niby prozaicznie: oto warszawski lekarz Witold Tchórzewski, znany powszechnie ze swej kolekcji lalek i zabawek, często przejeżdżał przez „dobrze brzmiącą” wieś Gwizdały. Któregoś razu przyszło mu do głowy, że nie ma lepszego miejsca dla zbioru jego gwizdków i piszczałek niż te właśnie Gwizdały. Oświadczył to dyrektorce miejscowej szkoły Irenie Buczyńskiej. Szkolne Muzeum Gwizdka a w maju 1999 r. uroczyście otwarto Muzeum Gwizdka w Gwizdałach.

Dziś muzeum ma już blisko 5 tys. eksponatów, i wciąż przekazują je turyści z całej Polski, a nawet świata. „Znana i powtarzana jest w Gwizdałach anegdota o tym, jak pewnego dnia wójt gminy odebrał telefon z Australii i długo zapewniał niedowierzającego rozmówcę, że tak, istnieje w Gwizdałach Muzeum Gwizdka. Wkrótce potem Gwizdały otrzymały australijski gwizdek aborygeński, dziś jeden z najciekawszych eksponatów”.
Miejscem koniecznym do odwiedzenia jest także Julin. W 1919 r. Helena Paderewska, żona wielkiego pianisty i polityka Ignacego Paderewskiego z funduszów otrzymanych od Polonii amerykańskiej zakupiła tutaj majątek i założyła Szkołę Hodowli Drobiu i Gospodarstwa Domowego. W pobudowanym w 1904 r. w dworkowym stylu budynku umieszczono internat dla dziewcząt. W 1924 r. nastąpiło otwarcie szkoły, którą Paderewska przekazała Centralnemu Towarzystwu Rolniczemu w Warszawie. Obecnie mieści się tu Państwowy Dom Dziecka.

Na terenie Gminy znajduje się ścieżka przyrodnicza Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego: „Jerzyska”.

Opracował A. Ziontek

źródło: www.turystykawschodniegomazowsza.pl